"1917" - piękny film... i w sumie tyle

Po seansie najnowszego filmu Sama Mendesa nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego zdobył on Złoty Glob dla najlepszego dramatu i jest jednym z głównych kandydatów do Oscara.

"1917" - piękny film... i w sumie tyle

Sam Mendes, choć nie pojawia się raczej najczęściej w newsach na temat Hollywood, może się w swojej filmografii pochwalić dziełami tak powszechnie znanymi jak "American Beauty" czy "Skyfall", których sukces przyniósł mu między innymi Oscara za najlepszą reżyserię. Tym razem prócz objęcia fotela z napisem "director", zdecydował się również napisać scenariusz i bądźmy szczerzy, nie wyszło mu to najlepiej.

Mówiąc w prostych, żołnierskich (bo i o wojsku traktuje dzieło Mendesa) słowach: fabuła "1917" to bezczelna, choć skuteczna gra na emocjach widza. Dostajemy historię pary żołnierzy, która musi dostarczyć rozkaz o odwołaniu ataku, bo w przeciwnym razie 1600 żołnierzy (w tym) zginie od niemieckich kul. Nasi bohaterowie próbują więc przebyć kilkunastokilometrową drogę, a że na wojnie, jak na wojnie, tu pierdolnie, tam pierdolnie, to i spotka ich sporo ciekawych przygód. A że film produkowany jest w jednym z byłych krajów Ententy, to każdy Niemiec jest złem wcielonym. W filmie jest nawet przejmująca scenę, w której (nie wchodząc w spoilery) Anglik i Francuzka porozumiewają się ze sobą mimo braku wzajemnej znajomości języków.

O głównych bohaterach, odgrywanych przez George'a MacKaya i Deana-Charlesa Chapmana nie ma co zbytnio mówić. Grają nieźle, zwłaszcza ten pierwszy, ciężko jednak o jakąś większą wirtuozerię z ich strony, a biorąc pod uwagę inne zeszłoroczne duety dostarczone przez Fabrykę Snów daleko tu do występów, które będą wspominane przez najbliższe lata. Zobaczymy tu przez chwilę tuzy, jak Andrew Scott, Colin Firth, Richard Madden czy Benedict Cumberbatch, ale ich krótkie występy ciężko ocenić.

Najwięcej jednak do powiedzenia film ma w sprawach technicznych. Całość zrealizowano tak, by zdawało się być przedstawione na jednym, ciągłym ujęciu, a że jest to ujęcie od samego Rogera Deakinsa, to każdy kadr jest doskonały na wszelkie sposoby. Operator m.in. "Blade Runnera 2049" zagwarantował sobie kolejnego Oscara i absurdem byłoby, gdyby za tak absurdalnie piękną robotę nie otrzymał on złotej statuetki. Za montaż odpowiada Lee Smith, który dotychczas współpracował m.in. z Christopherem Nolanem (co przyniosło mu Oscara za inny film wojenny, Dunkierkę) i swoją pracę wykonuje bez zarzutu. Muzyka, napisana przez Thomasa Newmana (stałego współpracownika Mendesa) pozwala na położenie odpowiednich akcentów tonalnych i czternasta (sic!) nominacja do Oscara dla kompozytora jest w pełni zasłużona.

Jeżeli jesteśmy już przy sferze audiowizualnej, to warto podkreślić wyraźny sposób narracji, jaki dostrzeżemy dzięki kadrom operatora "To nie jest kraj dla starych ludzi". Od początku do końca "1917", w zasadzie bez przerwy, wraz ze śledzeniem wydarzeń musimy obserwować również trupy. Dużo trupów, trupy na każdym kroku, bo zdaniem twórców filmu wojna to nic innego jak trupy leżące po sobie i dźwig wrzucający kolejne ciała na siebie, w zasadzie bezwolnie. Zresztą, w samym zwiastunie pada z ust jednego z bohaterów twierdzenie (i w filmie również się ono pojawia) "Koniec tej wojny może być tylko jeden. Wygra ten, kto przeżyje".

I patrząc na pierwszą część recenzji czytelnik mógłby się zastanawiać, czy na pewno warto zajrzeć do świata wykreowanego przez Sama Mendesa. Spieszę z odpowiedzią: tak. To doskonale wyreżyserowane, piękne widowisko, którego charakter jest w stanie doprowadzić widza do mocnych, skrajnych emocji. Jeśli wyłączy się myślenie na 2 godziny i da się porwać wybitnym wizualiom i muzyce, dostanie się dzieło wielkie i epokowe. A nawet bez tego warunku obejrzy się w najgorszym wypadku film niezły, wart biletu.


Subskrybuj nas: Google News | Feedly



Chcesz wiedzieć więcej? Polub i obserwuj nas na Facebooku. Jesteśmy także na Twitterze. Zapraszamy na naszą grupę dyskusyjną.

WSPIERAJ NIEZALEŻNE DZIENNIKARSTWO


Share Tweet Send
0 Komentarze
Loading...