"Blade Runner" Ridleya Scotta a powieść Philipa K. Dicka

Jestem zwolennikiem dość luźnego adaptowania tekstów kultury, tak, by zostawić spore pole do popisu dla kolejnych twórców. Jednak jako miłośnik oryginalnych przygód Ricka Deckarda daleko mi było do zachwytów nad tym, jak film Scotta próbuje podejmować tematy znane z powieści Dicka.


"Blade Runner" Ridleya Scotta a powieść Philipa K. Dicka

20 września 2019 to ważna data dla każdego fana science fiction, zwłaszcza jeżeli fan ten jest kinomanem. To właśnie tego dnia rozgrywa się akcja "Łowcy androidów" Ridleya Scotta, na podstawie słynnej historii Philipa K. Dicka zawartej w "Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?". Z tego też względu postanowiłem w końcu nadrobić klasyczne dzieło reżysera "Gladiatora" i, muszę przyznać, niemało się dziwiłem.

Oczywiście, Ridley Scott również pokazuje (w sposób naprawdę znakomity, rzadki w kinie popularnym i godny podziwu), że androidy są inteligentne, mają wolę, wspomnienia, być może kształtują się w nich uczucia, potrafią być niesamolubne i tak naprawdę nie zasługują na los, którego doczekały na tym łez padole. Jest to jednak mało w porównaniu z ilością problemów, jakie każe nam rozważyć w swojej powieści autor "Człowieka z Wysokiego Zamku".

Czy jesteśmy w stanie odróżnić androida od człowieka? Czy nasza empatia nie jest tak naprawdę wydmuszką? Czym jest dobro i zło i gdzie jest między nimi różnica? Czym się różni religia od antyreligijności? Czym się różni jeden człowiek od drugiego? Czy i jak bardzo media spłycają odbiór świata? Czy mamy jakieś przeznaczenie - tych odpowiedzi szukamy równolegle do deckardowskich poszukiwań androidów. A gdy wszystko zdaje się zmierzać do końca, głównemu bohaterowi pozostaje jedynie niezrozumienie, połączone z brakiem jakiegokolwiek sensu tego, co może w swoim życiu robić.

Okazuje się więc, że pod względem siły kontemplacji to sequel w reżyserii Denisa Villeneuve zadaje więcej interesujących z dzisiejszej perspektywy pytań. Od początku ukazuje problem poczucia wyjątkowości, jakie odczuwa główny bohater, a które odczuwa również każdy z nas w swoim życiu.

Konfrontuje widza z coraz bardziej możliwymi z dzisiejszego punktu widzenia sytuacjami i z ogromną gracją i w towarzystwie świetnego Ryana Goslinga w głównej roli przestrzega, byśmy sami nie dyskryminowali naszych przyszłych, robotycznych kolegów, przyjaciół, partnerów. Wszystko jest oczywiście bardzo hollywoodzkie, ale hollywoodzkie w najlepszym tego słowa znaczeniu, więc ciężko się na to obruszać.

Właśnie w tym, że Villeneuve tworzył swój film, gdy problemy światów sci-fi dotyczą nas o wiele bardziej niż na początku lat 80., udało mu się tak dobrze opowiedzieć o tematach związanych z życiem tworzonych przez nas maszyn, które są coraz bliższe ludziom.

Nie oznacza to jednak, że klasyczny "Blade Runner" z 1982 to dzieło słabe. Przeciwnie, ma pięknie zdjęcia, całkiem sensowną fabułę, jest dobrze poprowadzone, zadaje ważne pytania, na które odpowiada może nieco zbyt banalnie, ale wciąż duch prozy słynnego autora sci-fi jest w jakiś sposób utrzymany. Ponadto pojawia się kilka naprawdę znakomitych scen. Moje narzekania to raczej pseudooburzenie, że adaptacja dzieła wybitnego jest tylko bardzo dobra, choć mogła być jednym z najlepszych filmów w dziejach - jednak zważywszy na problemy z ilością wersji scenariusza (było ich 7) czy trudności w związku z kontrowersją, jaką mogłoby być idealne oddanie świata Dicka, jest to sytuacja, całkiem zrozumiała.

A "Łowcę" warto obejrzeć, nie tylko, by poznać klasykę. Może pozostawia nieco do życzenia, może nie jest to film tak idealny, jak się ze wszystkich stron słyszy, może spłyca świat przedstawiony na wiele sposobów, jednak ma wciąż wiele do zaoferowania, a jak mówi Osgood Fielding III na zakończenie pół żartem, pół serio, "Nobody's perfect".