Ciało Komasy [RECENZJA]

Zaskakująca jest rozbieżność w odbiorze tejże produkcji. Opinie są podzielone i bardzo skrajne - o Bożym Ciele słucha się albo w samych superlatywach, albo jednoznacznie negatywnie. To źle, bo moim zdaniem, filmu tego nie można nazwać ani dobrym, ani złym - jest to dzieło po prostu przyzwoite.


Ciało Komasy [RECENZJA]

Boże Ciało wyreżyserowane przez Jana Komasę na podstawie scenariusza Mateusza Pacewicza zostało okrzyknięte najpiękniejszym polskim filmem tego roku przez wielu krytyków. Zachwycano się nim bowiem w Wenecji, gdzie 38-letni, poznański reżyser zgarnął nagrodę Label Europa Cinemas. Zachwycano się także w Gdyni, gdzie film zebrał łącznie 9 statuetek (w tym nagrodę publiczności), a także przedstawiano go na wielu innych festiwalach filmowych na całym świecie (ze słynnym kanadyjskim TIFF, podczas którego Corpus Christi miało premierę, włącznie).

Choć pozytywna krytyka tego filmu mnie nie dziwi, to zaskakująca jest jednak rozbieżność w odbiorze tejże produkcji. Opinie są podzielone i bardzo skrajne - o Bożym Ciele słucha się albo w samych superlatywach, albo jednoznacznie negatywnie. To źle, bowiem, moim zdaniem, filmu tego nie można nazwać ani dobrym, ani złym - jest to dzieło po prostu przyzwoite.

Pozytywnym zaskoczeniem było dla mnie to, co zrobił Komasa, aby przełamać wreszcie swoją słabą passę po beznadziejnym "Mieście 44" oraz niezbyt udanej "Sali Samobójców" (której zresztą już szykuje sequel, również na podstawie scenariusza Pacewicza). Pojawiły się w recenzjach filmu stanowiska sugerujące, iż Boże Ciało ogląda się lepiej niż dwie główne wyreżyserowane dotychczas przez Komasę produkcje dlatego, że nie wziął się on za scenariusz i pozostawił go do napisania komuś innemu. Jest to bardzo prawdopodobne, aczkolwiek nie można założyć, że to Pacewicz użył swojego scenopisarskiego geniuszu - dotychczas bowiem spod jego pióra wyszedł jedynie krótkometrażowy "Skwar". Ktokolwiek miał możliwość zobaczenia tej etiudy, powie raczej zgodnie, że nie należy ona do udanych.

Co do fabuły - film jest naprawdę bardzo równy. Brak nagłych zwrotów akcji i kontrowersyjnych chwytów montażowych lub operatorskich sprawia, że nie jest on zbyt angażujący. Historia Daniela jest raczej spójna, bez luk logicznych, podczas których można zachodzić w głowę, jak ktoś mógł na to wpaść - wszak Boże Ciało nakręcone zostało na podstawie prawdziwych wydarzeń.

Nie-ksiądz Daniel grany przez Dominika Bielenię wyciąga film w kierunku kategorii «naprawdę dobre». Wybudzony, prawie łysy, z podkrążonymi oczami, po przejściach - ten, kto nie ma potrzebnej aparycji, nie zagra dobrze tak napisanej postaci. Bielenia definitywnie podołał zadaniu, wchodząc na wyżyny aktorstwa. Moim zdaniem swoim debiutem w pełnometrażowym, pierwszoplanowym graniu może walczyć z Sebastianem Fabijańskim (który genialnie wypadł w "Mowie Ptaków") o tytuł męskiej roli roku w polskim kinie.

Boże Ciało, choć nie dotyczy ludzi na najwyższych stanowiskach władzy kościelnej, uderza w kler bardziej niż film o tym tytule. Pokazuje, że ksiądz nie zawsze równa się dobry człowiek, który szerzy miłosierdzie. Dzieło Komasy jest również krytyką konserwatywnych więzi mieszkańców z kościelnymi instytucjami - sytuacje przedstawione w Bożym Ciele niewiele różnią się przecież od sądów skorupkowych znanych ze starożytnych Aten.

Podsumowując. Boże Ciało zostało prawidłowo wyreżyserowane, bardzo dobrze zagrane, poruszyło ważne w dzisiejszych czasach tematy i przełamało pewne tabu. Z racji braku jednak pazura, który podgrzałby produkcję do czerwoności, daję 7/10.


Subskrybuj nas: Google News | Feedly



Recenzje w jednym miejscu. Polub i obserwuj nas na Facebooku. Jesteśmy także na Twitterze. Zapraszamy na naszą grupę dyskusyjną.

Chcesz opublikować swoją recenzję? Jeżeli tak, wyślij email do naszej redakcji.

WSPIERAJ NIEZALEŻNE MEDIA