Czy to w ogóle miało prawo się wydarzyć? [RECENZJA]

"Star Wars: The Rise of Skywalker" to primaaprilisowy żart, jaki postanowił zrobić nam Disney wraz z reżyserem, J. J. Abramsem. Problem polega na tym, że do 1 kwietnia jeszcze daleko, a film już jest w kinach.

Czy to w ogóle miało prawo się wydarzyć? [RECENZJA]

Gdy premiera ostatniego filmu z trylogii sequeli Gwiezdnych Wojen zbliżała się wielkimi krokami, a wraz z nią kolejne doniesienia o problemach w procesie produkcji, puszczałem te informacje mimo uszu, po prostu czekając na powrót znanych z poprzednich części bohaterów na wielkie ekrany. Wiadomo, że przy tak dużym, wyczekiwanym obrazie tego typu pogłoski muszą się przed premierą pojawić, by wywołać internetowe dyskusje pośród fanów i sprawić, by nawet ci, którzy nie zerkają na billboardy i nie oglądają telewizji, usłyszeli o finale serii.

Okazało się, że nawet jeśli sama treść przecieków nie jest prawdziwa, to wynikająca z nich konkluzja jest już niepokojąco dokładna. Scenariusz "The Rise of Skywalker" wygląda jak pisane na chwilę przed lekcją opowiadanie na polski w podstawówce, coby jedynki nie dostać i mamy do płaczu nie doprowadzić. Dialogi wyglądają niekiedy jak wyjęte z "The Room", a ze sceny na scenę bohaterowie bez żadnego wytłumaczenia potrafią kompletnie zmienić swój charakter.

Przez film Abramsa przewija się również masa fanservice'u, upchanego tak bezmyślnie i patetycznie, że ciężko w ogóle znaleźć słowa, by opisać ten poziom absurdu. Spróbuję w ten sposób - wyobraźcie sobie, że dziecko w środku podstawówki obejrzało niedawno filmy i bawiąc się kupionymi świeżo zabawkami, tworzy z nimi różne, rzadko kiedy sensowne scenki. Nie oczekiwałem jakiegoś geniuszu po twórcy "Lost", jednak solidna robota zdecydowanie nie jest tym, co powinno przerosnąć jednak utalentowanego rzemieślnika.

I tak naprawdę "Star Wars: The Rise of Skywalker" ratują dwie rzeczy: kwestie techniczne oraz obsada. Film jest naprawdę dobrze nakręcony - zwłaszcza gdy przychodzi do pokazywania bardziej mrocznych scen. Scenografia i efekty specjalne to również wysoki poziom - pod ich względem ciężko się do czegokolwiek przyczepić. Filmowi brakuje jednak sporo do poprzednich części trylogii. Montaż bywa nieidealny, a pewne sceny miały potencjał na mniej oklepany sposób realizacji, ale to wciąż bardzo dobra robota.

Aktorzy wcielający się w role wyciskają zaś ze swoich postaci wszystko, co się da. Daisy Ridley występuje powyżej oczekiwań, a John Boyega i Oscar Isaac naprawdę dobrze przedstawiają odgrywane przez nich postacie. Na szczególne pochwały zasługuje Adam Driver, który ponownie jest niezwykle wiarygodny w swojej podszytej mocno toksyczną męskości roli.

Czy więc na epizod IX najsłynniejszej międzygwiezdnej historii warto się wybrać do kina? Zdecydowanie nie. Jest wystarczająco dużo lepszych filmów, które można obejrzeć w kinie, na płycie czy w serwisie streamingowym. Można go co najwyżej zobaczyć przy okazji, by przygotować się na kolejne filmy lub po prostu pośmiać się z nieudolności twórców.


Subskrybuj nas: Google News | Feedly



Chcesz wiedzieć więcej? Polub i obserwuj nas na Facebooku. Jesteśmy także na Twitterze. Zapraszamy na naszą grupę dyskusyjną.

WSPIERAJ NIEZALEŻNE DZIENNIKARSTWO


Share Tweet Send
0 Komentarze
Loading...