Demokratyczne bezkrólewie

Wielokrotnie w historii zdarzały się przypadki interregnum, czyli okresu pomiędzy abdykacją, bądź śmiercią jednego króla, a wejściem na tron drugiego.


Demokratyczne bezkrólewie

Wielokrotnie w historii zdarzały się przypadki interregnum, czyli okresu pomiędzy abdykacją, bądź śmiercią jednego króla, a wejściem na tron drugiego. Można tu przywołać chociażby Wielkie Bezkrólewie, które zapanowało w Świętym Cesarstwie Rzymskim, dwuletni kryzys portugalskiej monarchii w drugiej połowie XIV wieku, ale także sytuację w Polsce po śmierci Władysława Warneńczyka.

Podczas tegorocznej konferencji organizowanej przez CEPS w Brukseli, w której miałem przyjemność uczestniczyć, jedna z prelegentek pierwszego panelu powiedziała, że Belgia miała w swojej historii wiele rządów słabych, ale też kilka dobrych. Najlepiej jednak w kraju było, gdy formalnie państwem nikt nie rządził.

O co chodzi? O belgijski kryzys polityczny, który rozpoczął się latem 2007 roku i zakończył 13 września cztery lata później. Powodem, dla którego w ogóle doszło do jakiegoś zamieszania na scenie politycznej tego kraju były wybory parlamentarne, które wygrała szeroka koalicja dwóch partii prawicowych CD&V i N-VA. Oznaczało to zatem, że rząd utworzą partie reprezentujące jedynie interesy mieszkańców Flandrii, a zatem także - ruchy separatystyczne w tym regionie. Negocjacje rządowe trwały jednak niezwykle długo. W obu ugrupowaniach doszło do podziałów i rozłamów, a następnie do spektakularnych zwrotów akcji oraz niespodziewanych powrotów.

W końcu, po 194 dniach ciągłych konfliktów i coraz większego pożaru wokół rozmów koalicyjnych, doszło do ugody. Premierem został Yves Leterme z partii CD&V. Jego rząd został złożony jednak z członków mniejszych partii chadeckich, Partii Socjalistycznej, reformistycznych konserwatystów, a także partii liberałów flamandzkich. Oznaczało to, że zamiast separatyzmu, w rządzie swoich przedstawicieli mieli zarówno Belgowie mówiący po flamandzku, jak i po francusku. Co ciekawe, zarówno jedni jak i drudzy byli z tego powodu niezadowoleni.

Najpoważniejszym ciosem dla rządu Leterme'a był jednak kryzys finansowy z roku 2008. Największy bank państw Beneluksu, Fortis, stanął na skraju bankructwa. 3 października opracowano plan polegający na zakupie banku przez rząd Belgii, a następnie odsprzedanie 75% akcji Fortisu bankowi BNP Paribas. Chaos związany z koniecznością podejmowania niemal natychmiastowych decyzji oraz presja ze strony społeczeństwa, które było oburzone sprzedażą banku, poskutkowało rezygnacją ze stanowiska przez ówczesnego premiera i zastąpieniem go przez Hermana Van Rompuya.

Van Rompuy otrzymał wotum zaufania na samym początku stycznia 2009 roku. Skład rządu nie uległ zmianie, aczkolwiek nastąpiły małe przetasowania w liczbie teczek ministerialnych przysługujących PS. W krótkim okresie czasu nowy rząd przyniósł Belgom to, czego oczekiwali, czyli względny spokój. Wszystko jednak legło w gruzach w momencie, w którym w życie wszedł traktat lizboński zmieniający całkowicie oblicze Przewodnictwa w Radzie Europejskiej. W związku z tym premier Belgii, Herman Van Rompuy, ustąpił ze stanowiska stając się pierwszym permanentnym przewodniczącym RE. Belgia znów straciła szefa rządu. Oznaczało to powrót do stanu wcześniejszego, a więc kolejne zatopienie się w kryzysie i chaosie. Prezesem rady ministrów ponownie został Yves Leterme.

Coraz większe podziały w społeczeństwie budziła sprawa wydzielenia dystryktu społecznego. Nie wiadomo było jak sytuacja związana z BHV zostanie rozwiązana. Ponadto, rząd objęła osoba, która nie cieszyła się zbyt dużym poparciem wśród ludności. Narastające trudności z obraniem jednej drogi w koalicji rządowej doprowadziły do rozłamu spowodowanego wystąpieniem partii byłego premiera, Guy'a Verhofstada - Open VLD. To oznaczało koniec stabilności rządu Leterme'a i ostatecznie zaowocowało złożeniem przez niego rezygnacji na ręce króla Alberta II.

26 kwietnia 2010 roku rząd Leterme'a zyskał miano tymczasowego (czyli de iure został demokratycznym interrexem) i miał zorganizować przyspieszone wybory do parlamentu. Te, odbyły się 13 czerwca 2010 roku. Wygrała je partia flamandzkich nacjonalistów - N-VA (zdobywając 27 miejsc), a drugie miejsce zajęła frankofońska Partia Socjalistyczna (z 26 mandatami). Pozostałe miejsca w parlamencie zostały zdobyte przez 10 mniejszych partii. Tego też dnia rozpoczął się najdłużej trwający proces tworzenia rządu w historii świata. W ciągu 541 dni koalicję usiłowało zawiązać 6 różnych kandydatów na premierów z 5 różnych partii politycznych. Co ciekawe, zgodnie ze słowami parafrazowanej przeze mnie panelistki, sytuacja wewnętrzna w Belgii ustabilizowała się. Gorąca sprawa dystryktu brukselskiego zeszła na boczny tor dyskusji w kraju, dopóty dopóki w lipcu 2011 roku partia skrajnych flamandzkich nacjonalistów nie weszła w rozmowy z prezydentem Francji, Nicolasem Sarkozy'im. Plan ten miał polegać na aneksji przez Francję Walonii i utworzenie niezależnego państwa Flandria ze stolicą w Brukseli. Co ciekawe, zgodnie z sondażem przeprowadzonym dla Le Figaro, około 2/3 Francuzów popierało pomysł przyłączenia Walonii jako 28 dystryktu Republiki.

Ostatecznie do podziału nie doszło, bowiem działania Elio Di Rupo, socjaldemokraty z PS, zaczęły iść w dobrym i bardziej ugodowym ze wszystkimi stronami konfliktu kierunku. Poparcie ze strony króla pomogło Di Rupo w negocjacjach z innymi partiami, co ostatecznie, 6 grudnia 2011 roku, doprowadziło do utworzenia bardzo szerokiego, centrowego rządu pod jego nadzorem, a także zakończyło trwający 541 dni okres "demokratycznego bezkrólewia".


Alternatywa jest miejscem swobodnej dyskusji i wymiany opinii. Polub i obserwuj nas na Facebooku. Jesteśmy także na Twitterze. Zapraszamy na naszą grupę dyskusyjną.

Chcesz podzielić się z nami swoimi przemyśleniami? Jeżeli tak, wyślij email do naszej redakcji.

WSPIERAJ NIEZALEŻNE DZIENNIKARSTWO