Długi film o miłości i zabijaniu - "Ukryte życie" [RECENZJA]

Tak naprawdę bowiem najważniejszym elementem obrazu Malicka jest właśnie komunikacja między kochającymi się małżonkami, którzy z jednej strony pragną, by móc pokazać, że opierają się reżimowi, z drugiej zaś potrzebują siebie nawzajem i kochają się.


Długi film o miłości i zabijaniu - "Ukryte życie" [RECENZJA]

Terrence Malick to kolejny podstarzały już twórca (jak Martin Scorsese), którego najnowsze dzieło oglądać można na American Film Festival - z tą różnicą, że film reżysera "Cienkiej czerwonej linii" ukaże się w Polsce w szerszej dystrybucji dopiero 7 lutego 2020 - a w tej recenzji chciałbym powiedzieć, dlaczego warto zapisać tę datę w swoim filmowym kalendarzu.

Najnowszy film Malicka, będący opowieścią o Franzu Jägerstätterze, Austriaku, który odmówił walki po stronie Rzeszy na frontach II wojny światowej, jest również dość rzadkim typem kina - nieironiczną hagiografią, przepełnioną idealizowaniem życia protagonisty i jego rodziny, nie zwracając zaś uwagi na jego wady, zostawiając je poza kadrem. Dostajemy dość prostą, oczywistą historię -  Jägerstätter ma żonę, która go kocha, kilkoro dzieci, które będzie musiał zostawić przez swoją decyzję - ot, dość standardowa, jednowątkowa fabuła. Sekret "Ukrytego życia" tkwi jednak w formie, z jaką przedstawia sztampową historię.

Wizja, z jaką zrealizowane zostało dzieło autora "Cienkiej czerwonej linii" jest pierwszorzędna. Dostajemy sielankowo przedstawioną wieś, w pięknych kadrach i zawsze idealnie świecącym światłem i z taką wizją wsi zostajemy. Nie zmieni się ona przez niemal cały film (wyjątkiem są sytuacje, gdzie reżyser zdaje się chcieć coś zaznaczyć), a przyczyn, by się miała zmienić, jest mnóstwo - starość, problemy rodzinne, wychowywanie dzieci, bieda, trudy pracy - wszystko to nie zmiecie jednak optymizmu, z jakim oddano wygląd górskich rejonów Austrii.

Przesada estetyczna w ukazaniu świata przedstawionego występuje również w innych miejscach, do których opór wobec nazizmu przywiedzie Franza - więzień, obozów koncentracyjnych, sądów. Malick zostawia nam świat pozbawiony jakichkolwiek wizualnych niedociągnięć - wszystko po to, by historia protagonisty i jego rodziny jeszcze bardziej wybrzmiała. Jest to równocześnie kontrast - idealny świat kontra tragiczna historia na ekranie. Film pozornie o okrucieństwie nazistów jest zaserwowany jak opowieść o wiejskiej miłości - bo tak naprawdę właśnie o niej jest.

Tak naprawdę bowiem najważniejszym elementem obrazu Malicka jest właśnie komunikacja między kochającymi się małżonkami, którzy z jednej strony pragną, by móc pokazać, że opierają się reżimowi, z drugiej zaś potrzebują siebie nawzajem i kochają się. Stają więc w dylemacie, którego ciężko jest rozwiązać i po wyjściu z seansu również dla widza jest to niemożliwe - wiele wynika tu z faktu, że wrogami Jägerstätterów są naziści, a nie jakaś wymyślona grupa rządząca nieokreślonym państwem.

Co ciekawe, film montowany był przez ok. 3 lata - co prócz dopieszczenia każdego cięcia w sposób niespotykany w kinie na co dzień sprawia również, że doświadczymy ostatnich ról dwóch słynnych, nieżyjących już aktorów - Michaela Nyqvista, znanego głównie z wcielenia się w Kalle Blomkvista w filmach oraz serialu z serii "Millenium" na podstawie prozy Stiega Larssona oraz Bruno Ganza, który wcielił się m.in. w rolę Adolfa Hitlera w filmie "Upadek".

Najnowszy film Terrence'a Malicka jest więc dziełem, które naprawdę warto zobaczyć - dość oczywistą, ale prowadzoną w piękny, charakterystyczny sposób historią, która ze względu na swoją formę stanowi jeden z najciekawszych obrazów tego roku, a który może być również świetnym początkiem przygody z twórczością reżysera "Drzewa życia".


Subskrybuj nas: Google News | Feedly



Recenzje w jednym miejscu. Polub i obserwuj nas na Facebooku. Jesteśmy także na Twitterze. Zapraszamy na naszą grupę dyskusyjną.

Chcesz opublikować swoją recenzję? Jeżeli tak, wyślij email do naszej redakcji.

WSPIERAJ NIEZALEŻNE MEDIA