Film, który już widziałeś, czyli "W lesie dziś nie zaśnie nikt"

Jedno trzeba przyznać - ten film ma wyjątkowo szczerą kampanię reklamową. "Pierwszy polski slasher" to prawdopodobnie jedyne, co można o nim powiedzieć.


Film, który już widziałeś, czyli "W lesie dziś nie zaśnie nikt"

W najnowszym dziele znanego z "Placu zabaw" Bartosza Kowalskiego nie ujrzymy ani jednej sceny, która mogłaby sprawić, że zastanowimy się nad umiejętnościami reżysera i scenarzysty. Wszystko jest odtwórcze, pozbawione kreatywności i bez jakiegokolwiek pomysłu.

Już pierwsza scena doskonale pokazuje, jaki to będzie film. Grany przez Mirosława Zbrojewicza listonosz jedzie (w tle słyszymy typową slasherową muzykę, która potem będzie przewijać się przez cały film) na rowerze, podjeżdża do jakiegoś domu i słyszy z piwnicznego, zabitego dechami okna dziwne hałasy. Podchodzi do budynku, po czym zostaje zaatakowany przez niewidoczny dla widza obiekt. Potem cięcie i "30 lat później". Scena, która niewiele zmieniona mogłaby być w każdym innym horrorze (nie tylko slasherze) i w wielu już zresztą była.

Bo film Kowalskiego w całości składa się właśnie z podobnego sposobu opowiadania historii. Oglądamy typowe ujęcia, typowe postaci i ich typowe problemy, do tego maksymalnie uproszczone, żeby rozmowy o nich nie zajęły zbyt wiele czasu. Jednocześnie niemal nigdzie reżyser nie zachowuje się, jakby był świadom swoich klisz - nie próbuje stawiać ich na głowie, czynić je elementem pastiszu albo przedstawiać w zupełnie nowych warunkach (na co miał doskonałą okazję).

I w tym tkwi największy problem "pierwszego polskiego slashera". W takim "Zombielandzie" Rubena Fleischera czy "Wysypie żywych trupów" w reżyserii Edgara Wrighta, twórcy również korzystali z typowych dla gatunku schematów, jednocześnie jednak świadomie bawili się swoimi bohaterami i z widzem, traktując świat przedstawiony z przesadą i sprowadzając go do absurdu.

"W lesie dziś nie zaśnie nikt" sięga po podobny zabieg raz, w scenie, w której jeden z bohaterów przybiega do księdza z prośbą o pomoc. Ten zachowuje się, jakby chciał mu pomóc, jednak ogłusza go i po chwili widzimy chłopca z erotycznym kneblem w ustach i kapłana, który w przerysowany sposób mówi o tym, że Bartek kusił księdza podczas poprzedniego pobytu na obozie, cytując znane z mediów wypowiedzi hierarchów kościelnych o księżach i wykorzystywanych przez nich dzieciach.

Jednak to jedyny przebłysk nadziei dla polskiego horroru. Każda inna scena jest tak pozbawiona oryginalności, jakby program komputerowy obejrzał kilka filmów tego gatunku i na ich podstawie opracował scenariusz, dokładając do tego kilka aktualnych problemów. Cóż, pozostaje mieć nadzieję, że gdy następnym razem jakieś rodzime mordercze monstrum wejdzie na ekrany kin, nie będzie to jedynie "drugi polski slasher", a coś ożywczego, nowego, autorskiego.