"Fuck off Hitler" - Jojo Rabbit [RECENZJA]

Jedną z najgorętszych premier tegorocznej, jubileuszowej edycji American Film Festival we Wrocławiu było zdecydowanie najnowsze dzieło nowozelandzkiego reżysera Taiki Waititiego - Jojo Rabbit.


"Fuck off Hitler" - Jojo Rabbit [RECENZJA]

Film Waititiego jest kolejną satyrą faszyzmu, wojny, nienawiści, śmierci, życia i komedii. Parodiowane są wojna i pokój, parodiowani są faszyści i Amerykanie. Każdy zostaje przedstawiony w skrajnie przerysowanej formie. Przedstawione są losy trzech, a w zasadzie trzech i połowy bohatera. Jest tytułowy Jojo wraz z demonem siedzącym w jego głowie - Adolfem Hitlerem, jest mama Jojo, a także Elsa, nastoletnia żydówka ukryta w ścianie pokoju zmarłej siostry głównego bohatera - Inge.

Film opowiada historię nazistowskich Niemiec w momencie ich upadku. Nabór do Hitlerjugend trwa mimo, że "wróg jest u bram". Logicznym zatem jest, iż wraz z upadkiem Niemiec upada system wartości głównych bohaterów. A jednocześnie, życie trwa. Zmienia się i miesza wszystko w pełni. Prawdopodobnie dlatego oceny krytyków nie są jednogłośne.

Choć Waititi z reguły nie cierpi na brak poważania i szacunku wśród krytyków, to w tym przypadku Tomatometer wykręcił jedynie 79%, a Metascore wyniósł 58. Obie wcześniejsze produkcje wyreżyserowane, napisane i wyprodukowane w pełni przez niego, czyli "Co robimy w ukryciu" (2014) oraz "Dzikie łowy" (2016) zdobyły 95% pozytywnych recenzji na Rotten Tomatoes i ponad 58 metapunktów.

We wcześniejszych wynikach Waititiego nie ma nic dziwnego, bowiem 44-letni reżyser z Wellington naprawdę wie jak robić filmy. "Co robimy w ukryciu" (2014) - czarna komedia, para-horror, film wydawałoby się zarezerwowany wyłącznie dla Jima Jarmuscha został zrobiony w naprawdę niezłym stylu. "Dzikie łowy" (2016) - przygodowy komediodramat o pięknej szacie kolorów i muzyce to raczej zadanie dla Wesa Andersona niż dla kogoś innego. Waititi udowodnił jednak, że potrafi inspirować się kinem innych osobistości filmu oraz wyciągać z nich same najlepsze pierwiastki.

Taki również jest Jojo Rabbit. Przerysowany niczym u najlepszego Andersona, okraszony czasem absurdalnym humorem jak u Franco oraz szkalujący faszystów lepiej niż radzieckie wojenne 8-godzinne superprodukcje autorstwa Siergieja Bondarczuka.

Krytycy zarzucają Waititiemu, że pokazał okres okupacji Niemiec przez białych suprematystów w sposób trywialny i infantylny. Racja, nowozelandzki reżyser definitywnie to zrobił. W pełni strywializował nazistów, maszynę wojenną III Rzeszy, antysemityzm i ludzi walczących o wolność w roku 1945. Ale Kubrick robił to samo, tylko z Wietnamczykami i wojskami USA. Tak samo przerysował do granic absurdu rygor wojskowy, przywiązanie do munduru i inne aspekty fanatycznego militaryzmu.

Waititi zrobił coś, co wszyscy potrzebowaliśmy, ale czego nikt nam wcześniej nie dał. Obraz, który nie pokazuje wielkiego Hitlera i biednych, szarych Żydów w piwnicy, chronionych przez mieszkańców. Ale obraz pokazujący przewagę nastoletniej Żydówki nad całym faszystowskim tałatajstwem razem wziętym. Film o wojnie z nazizmem może być zabawny, może szydzić z opresorów i może ukazywać poszkodowanych jako moralnych (i ostatecznych) zwycięzców tej wojny. A najlepiej jak na końcu okraszony zostaje cytatem znakomitego poety.

Waititi zrobił kino i nakreślił ramy XXI-wiecznego kina antyfaszystowskiego. Take it or leave it, ja daję 9/10.


Subskrybuj nas: Google News | Feedly



Recenzje w jednym miejscu. Polub i obserwuj nas na Facebooku. Jesteśmy także na Twitterze. Zapraszamy na naszą grupę dyskusyjną.

Chcesz opublikować swoją recenzję? Jeżeli tak, wyślij email do naszej redakcji.

WSPIERAJ NIEZALEŻNE MEDIA