Tak, słowo "pogrom" było niewłaściwe

Użycie słowa "pogrom" w kontekście walki sportowej z reprezentantami Izraela to określenie nieprzyjemne, które sprawia, że słownictwo związane z wojną jeszcze bardziej podsyca nacjonalistyczne, nienawistne emocje.


Tak, słowo "pogrom" było niewłaściwe

Od zakończenia meczu Polska – Izrael, minęło niewiele czasu, jednak już można mówić o tym, jak wiele informacji o naszym społeczeństwie pokazała reakcja naszych rodaków i dowodzić wagi socjologicznej wydarzenia. Stało się tak za sprawą m.in. posta PZPN mówiącego po jednej z kolejnych bramek „To już jest pogrom”, do czego przyczepiła się m.in. „Polityka”. Internet w związku z tym zalała fala hejtu na medium ze względu na krytykę używania słownictwa wojennego w odniesieniu do meczu piłkarskiego. Jednak hejt ten tym bardziej pokazuje, że tygodnik ten ma rację.

Użycie słowa „pogrom”, zwłaszcza w kontekście walki (w tym wypadku sportowej) z reprezentantami Izraela to bowiem określenie szczególnie nieprzyjemne. Sami Polacy umieścili na kartach historii kilka pogromów na ludności żydowskiej i nie można tego negować. To sprawia, że używanie słownictwa związanego z wojną jeszcze bardziej podsyca nacjonalistyczne i nienawistne emocje, jakimi sport zdaje się być przesycony. I nie jest to taki pierwszy przypadek w dziejach i niestety nie będzie to również ostatni.

Najbardziej jaskrawym zdarzeniem wskazującym, o co mi chodzi, może być tzw. „wojna futbolowa”. Określenie to, ukute przez Ryszarda Kapuścińskiego, odnosi się do trwającej parę dni wojny między Salwadorem a Hondurasem, która wybuchła niedługo po zakończeniu meczu tychże państw w kwalifikacjach do Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej. Honduras spotkanie przegrał, po czym został zaatakowany przez Salwador przy jednej z ich granic. Wojna trwała ok. 100 godzin i pochłonęła życie ok.2000 osób. To jednak  nie wszystko.

Gdy w 1972 roku nowojorczyk Robert James Fischer rozgrywał mecz o mistrzostwo świata w szachach klasycznych z Borisem Spasskim, traktowany był on przez media niemalże jako walka dwóch odmiennych światów, a gra królewska na ten okres trafiła pod strzechy. Od zakończenia II Wojny Światowej świat szachów był zdominowany przez graczy radzieckich, jak Michaił Tal, Botwinnik czy wspomniany wcześniej Spasski, będący w 1972 roku mistrzem świata starającym się obronić tytuł. Po sukcesie Fischera Amerykański Związek Szachowy zanotował trzykrotny wzrost członków, gdyż Amerykanie, wskutek euforii po sukcesie rodaka, masowo zaczęli interesować się szachami.

Jak to się jednak odnosi do meczu Polska – Izrael? Odnosi się w sposób bardzo znaczący. Internet w ostatnich dniach wypełniony był antysemickimi memami w związku ze spotkaniem. Wielu wstawiało żartobliwe uwagi, że Polacy powinni wyjść formacją „4-4-7”, nawiązując do słynnej ustawy Kongresu Stanów Zjednoczonych. Napięcie w niektórych, skrajnie prawicowych sferach, było ogromne. I PZPN, pisząc o „pogromie” jedynie dolało oliwy do ognia. I umówmy się, w większości przypadków nie byłoby to nic dziwnego (chociaż i tak bezdennie głupiego, o czym za chwilę) w kontekście jednak fali antysemityzmu przechodzącej przez nasz kraj oraz trudnych relacji polsko-żydowskich na przestrzeni dziejów, jest to wyjątkowo niesmaczne.

Dlaczego jednak używanie terminologii wojennej w stosunku do sportu jest wyjątkowo niemądre? Ponieważ czymś naturalnym powinno być oddzielanie wojska od całej reszty rzeczywistości. Oswajanie ludzi z wojskiem nie jest nigdy niczym dobrym, ponieważ samo powinno być traktowane przez demokratyczne społeczeństwo jedynie jako zło konieczne. Jak więc dalece od tego ideału odbiegają współczesne czasy, gdzie ideałem męskości jest żołnierz, a ulubioną zabawą dziecięcą jest gra w wojnę (nie chodzi o odmianę gry w karty oczywiście). Krytyka używanie słów takich jak „pogrom” czy „czołg” w kontekście sportu to jednak jedyne, na co pacyfiści mogą sobie pozwolić. Stanowiąc znaczną mniejszość, nie mają szans w wyborach a rewolucja jest niemoralna szczególnie z ich perspektywy.

Czy są jednak lepsze szanse na przyszłość? Raczej nie. W świecie, w którym każde święto państwowe musi oznaczać defiladę i nominacje generalskie, a dzieci od szkoły podstawowej (lub nawet przedszkola) uczone są uwielbienia dla wojska jako „obrońców kraju”, pacyfista może jedynie nie partycypować w militarystycznym szaleństwie i starać się być po prostu sobą, na tyle, na ile się da.


Alternatywa jest miejscem swobodnej dyskusji i wymiany opinii. Polub i obserwuj nas na Facebooku. Jesteśmy także na Twitterze. Zapraszamy na naszą grupę dyskusyjną.

Chcesz podzielić się z nami swoimi przemyśleniami? Jeżeli tak, wyślij email do naszej redakcji.

WSPIERAJ NIEZALEŻNE DZIENNIKARSTWO