Za hajs matki baluj, czyli jak nie eliminować poglądów w życiu publicznym

Jeszcze kilka dni temu zdawało się, że będzie dobrze. Mokry sen artystów, influencerów oraz naszych babć miał się spełnić.


Za hajs matki baluj, czyli jak nie eliminować poglądów w życiu publicznym

Jeszcze kilka dni temu zdawało się, że będzie dobrze. Mokry sen artystów, influencerów oraz naszych babć miał się spełnić. Polacy, naród przecież nieoczytany, miał wsiąść do literackiego pociągu i w końcu zainteresować się książką. Wspaniale – mógłby odpowiedzieć nieznający szczegółów nauczyciel polskiego w liceum.

Sprawa nabiera nieco innych kolorów, gdy zdamy sobie sprawę, że omawianą pozycją nie jest nowatorski tomik poezji Tomasza Bąka, jakieś nowe wydanie Rimbaud albo dramat Camus, pomimo tego, że omawiana książka to historia miłości na pewno smutnej. Za hajs matki baluj, krytykowana przez wszystkie większe portale między Odrą a Bugiem, jest opowieścią o bezgranicznym uwielbieniu dostatniego i łatwego życia, gwarantowanego przez ciepłych, kochających rodziców.

Ale bez żartów. Ciekawie czyta się krytyki ze strony krytyków, a publiczny lincz też fajnie się czasem obserwuje. Wszystko to jednak płonne i wtórne, nieprzynoszące rzeczywistych wyników. Przejęcie się tą sprawą przez nadwiślańskie media nie zmieni faktu, który zdaje się przechodzić obok tej całej afery. Ktoś naprawdę uznał (przynajmniej 2 osoby, skoro to praca zbiorowa), że należy taką książkę napisać. Ponadto ktoś w Edipresse stwierdził, że warto tę książkę wydać. Daje to nam przynajmniej 3 osoby, które uznały, że ten poradnik, nawet jeśli na poważnie pisany nie był, może zostać potraktowany jako taki (lub nawet jako dobry żart) i kupiony, nie spotykając się z tak ogromną krytyką jak obecnie. Problemem nie jest więc sama książka, która może zostać w jednej chwili zostracyzowana, co jak widać ma miejsce. Kłopot stanowi raczej istnienie ludzi, którym taka książka mogłaby się podobać.

Poruszenie tej kwestii jest jednak trudne, zwłaszcza w obecnej sytuacji, w której przecież tyle się mówi o tym, że idziemy w dobrą stronę i działania na rzecz równouprawnienia są skuteczne. Ta jednak propaganda sukcesu zdaje się nie przynosić właściwych rezultatów i wciąż pojawiają się "gagatki", które starają się zmonetyzować nieskuteczność działań ruchów feministycznych i genderowych. I fakt ich uciszenia nie zmniejszy skali tego nawet częściowego niepowodzenia. Książka, choć oczywiście jest okropna, jest wytworem ukazującym pewną część społeczeństwa, na którą na co dzień jesteśmy głusi. Może zacofanych i głupich, nie będę się kłócił. Niemniej jednak zakładanie, że to odosobnione przypadki jakiegoś niewynikającego z niczego idiotyzmu jest zwyczajnie niekonsekwentne.

Jeśli chcemy faktycznie równego społeczeństwa, w którym ponadto skrajne opinie nie występują, ich eliminacja nie powinna polegać na wyśmiewaniu i doprowadzaniu wygłaszających tezy do syndromu oblężonej twierdzy. Znaczna większość ludzi i tak powie „motyla noga”, słysząc radykalne i głupie teorie. Naszym celem powinno być natomiast, by autorzy teorii też powiedzieli „motyla noga”, słysząc swoje własne, dawne słowa.


Alternatywa jest miejscem swobodnej dyskusji i wymiany opinii. Polub i obserwuj nas na Facebooku. Jesteśmy także na Twitterze. Zapraszamy również na naszą grupę dyskusyjną.

Chcesz podzielić się z nami swoimi przemyśleniami na ten temat? Jeżeli tak, wyślij email do naszej redakcji.

WSPIERAJ NIEZALEŻNE MEDIA